PUFOC>>Fakty\Wzięcia\Porwanie Moody'ego\
Porwanie Charlesa Moody'ego

12 sierpnia 1975 roku Moody pracował na zmianie popołudniowej, czyli od 16.00 do 24.00 w bazie sił powietrznych Holloman. Pracę zakończył wcześniej i wyszedł o godzinie 23.30. Kilka godzin wcześniej, po południu, przeczytał w gazecie informację o mającym ukazać się w nocy "deszczu" meteorów, który miał być najlepiej widoczny około godziny pierwszej. Z pracy udał się do domu i po przebraniu się w cywilne ubranie usiadł przed telewizorem w pokoju dziennym. Około godziny 00.30 wstał i wyszedł na zewnątrz, aby sprawdzić, czy uda mu się dostrzec któryś z meteorów. Ponieważ w otoczeniu domu było zbyt jasno, aby można było cokolwiek zobaczyć, wsiadł do samochodu i pojechał polną drogą w kierunku pustyni. Jechał nią do czasu, aż znalazł się dostatecznie daleko od miasta, gdzie łuna pochodząca od jego świateł nie przeszkadzała w obserwacji nieba. Miał nadzieję zobaczyć więcej niż jedną "spadającą gwiazdę". Po chwili podjechał jeszcze kawałek, do opuszczonej kopalni piasku, gdzie było jeszcze ciemniej, zaparkował samochód i wysiadł, po czym spojrzał do góry w oczekiwaniu na ukazanie się meteorów.
Przeszukując wzrokiem niebo, zobaczył nagle olbrzymi meteor, dużo większy od tych, jakie dotąd widział, a także znacznie jaśniejszy, który spadał pionowo w dół! Opadł bardzo szybko na wysokość około 300 metrów, po czym gwałtownie wyhamował i zaczął dryfować unosząc się w powietrzu na północ od miejsca, w którym znajdował się Moody, będąc widoczny pod kątem około 40 stopni w stosunku do powierzchni ziemi. Emanujące z niego światło nagle przygasło do słabej poświaty, dzięki czemu Moody mógł stwierdzić, że leci on prosto na niego, jak również i to, że jest to ogromny metaliczny obiekt otoczony świetlistą poświatą. Miał kształt grubego dysku i ciemnosrebrzystą powierzchnię. Po chwili znajdował się już w odległości niespełna 100 metrów od niego.
W pierwszym odruchu Moody starał się zidentyfikować go jako coś znanego. Będąc zupełnie dobrze obeznanym z amerykańskim, a także zagranicznym sprzętem lotniczym zdziwił się, widząc jego kształt, który w najmniejszym stopniu nie przypominał żadnego samolotu, jakie do tej pory widział. Średnicę obiektu określił na około 15,a wysokość na 6 metrów.
Kiedy obiekt skończył fazę opadania i przeszedł w dryfowanie, zawirował na chwilę, kołysząc się niczym rzucona na twardą powierzchnię moneta. Następnie ustabilizował lot i rozpoczął bardziej ukierunkowane schodzenie w dół, prosto w stronę żwirowni, na terenie której stał zaparkowany samochód Moody’ego.
Nagle Moody uprzytomnił sobie, że obiekt wygląda na pojazd pozaziemski i przestraszył się. Wypluł papierosa, zerwał się na równe nogi i skoczył w kierunku drzwi samochodu z zamiarem szukania w nim schronienia. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go, lecz silnik nie zareagował. Nawet światła nie działały, wyglądało, jakby samochód został pozbawiony akumulatora. Przestraszył się jeszcze bardziej. W drodze do tego miejsca nie stwierdził jakichkolwiek oznak awarii – miesiąc temu wstawił nowy akumulator. Ponownie przekręcił klucz w stacyjce, włączył światła, klakson, potem jeszcze raz i jeszcze raz, licząc w skrytości ducha, że po chwili silnik zaskoczy.
Obiekt przystanął unosząc się nieruchomo w powietrzu w odległości około 20 metrów od niego. Na jego dolnej powierzchni ujrzał małe migoczące światełka. Nagle usłyszał bardzo wysoki dźwięk. Dostrzegł nieco na prawo od centrum obiektu pojawiający się na jego powierzchni prostokątny bulaj. Miał około 1,5 metra wysokości i 1 metr szerokości. Za nim ukazały się ciemne sylwetki przypominające kształtem ludzi. Wysoki dźwięk ucichł, a Moody’ego zaczęła ogarniać senność.
Następną rzeczą, jaką pamięta, było siedzenie w samochodzie i obserwowanie odlotu obiektu, który wzniósł się do góry z rosnącą prędkością. Po kilku sekundach zniknął zupełnie. Moody wciąż trzymał rękę na kluczyku tkwiącym w stacyjce, przekręcił go i silnik zaskoczył za pierwszym razem.
Przerażony ruszył z piskiem opon od miejsca zdarzenia. Jechał jak szalony polną drogą do chwili, aż dotarł do drogi asfaltowej. Kiedy na nią wjechał, poczuł ulgę. Skierował się prosto do domu, ponieważ czuł silne pragnienie. Wszedł do kuchni, aby napić się wody, i mimowolnie spojrzał na zegar. Kiedy zobaczył, że jest godzina 3.00 zatkało go. Gdy po raz ostatni spoglądał na zegarek, tuż przed ujrzeniem dużego świetlistego obiektu spadającego z nieba, była godzina 1.15.
Słysząc, że wrócił do domu, jego żona Karon wstała i poszła zobaczyć, co się dzieje. Zaniepokoiła się widząc go, że jest blady i roztrzęsiony. Opowiedział jej o swojej obserwacji, lecz nie wspomniał ani słowem o półtoragodzinnej luce w pamięci.
Miał silny ból głowy i odczuwał sensacje żołądkowe. Mdliło go i był podenerwowany, zaś w krzyżu czuł silny swędzący ból. Poprosił żonę, aby natarła mu czymś plecy, aby go zmniejszyć. Gdy przystąpiła do nacierania, zauważyła małe trójkątne wypryski w rejonie kości ogonowej, które zdawały się być zewnętrznym objawem bólu. Moody nie potrafił jej wyjaśnić, skąd się tam wzięły.
Gdy Karon nacierała mu plecy, powiedział jej, że nieustannie przewija mu się w głowie kilka pozbawionych sensu słów, takich jak "sok z chrząszcza" i "orion", które jednocześnie wydawały mu się ważne, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego i co oznaczały.

Nazajutrz wybrał się Moody do szpitala bazy w nadziei uzyskania tam pomocy. Badającym go lekarzom nie powiedział o dziwnym zdarzeniu w żwirowni, w związku z czym badali go pod kątem innych przyczyn. Ostatecznie orzekli, że został napromieniowany bliżej nieznanym rodzajem promieniowania, i zapytali go, gdzie pracuje i co robi. Praca, którą wykonywał, nie stwarzała żadnego zagrożenia tego typu.
To go przekonało, że widział NOLa, o których często słyszał. Zadzwonił do biblioteki i poprosił o adres i numer telefonu mieszczącego się w Tucson APRO. W ten sposób skontaktował się z Jimem Lorenzenem, z którym pierwszą rozmowę odbył z terenu bazy sił powietrznych Holloman w Alamogordo.
Kilka dni później na jego skórze pojawiły się dziwnej wysypki w postaci niebieskopurpurowych plamek. Środek każdego z nich miał jaśniejszy odcień. Skóra pod nimi była całkowicie płaska bez jakiegokolwiek zgrubienia. Były one zbyt regularne, zbyt ciemne i było ich za dużo, aby mogły być siniakami. Poszedł, więc znów do szpitala w bazie, gdzie i tym razem lekarze nie potrafili postawić diagnozy, a co za tym idzie ustalić przyczyny, która wywołała tę wysypkę, zatem skierowali go do szpitala w San Antonio w celu wykonania specjalistycznych badań. Moody nic nie wspominał o przeżyciu z NOLem.

Moody zgodził się na seans hipnotyczny, ale nie chciał, aby informacje na temat jego przeżycia dostały się do osób niepowołanych, ponieważ obawiał się negatywnej reakcji ze strony sił powietrznych. Zaproponował Abrahama Goldmana, który służył swego czasu w siłach powietrznych jako chirurg. Teraz zaś prowadził prywatną praktykę w okolicach El Paso. Goldmana zgodził się pomóc.
W trakcie spotkania Moody opowiedział mu o swoim przeżyciu. Goldman zalecił mu na początek swego rodzaju medytacje mające doprowadzić do autohipnozy, a ta z kolei do odblokowania jego pamięci. Z początku wszystko szło bardzo dobrze, lecz po przypomnieniu sobie pewnych fragmentów przeżycia Moody natknął się na wspomnienie, z którego wynikało, że jego część nadal pozostanie dla jego świadomości aż do pewnego czasu niedostępna. Kierując się wskazówkami Goldmana, Moody był w stanie częściowo odtworzyć przebieg zdarzenia, które przeżył prawie dwa miesiące wcześniej, w nocy z 12 na 13 sierpnia.

Moody przysłał list, w którym szczegółowo opisał to co do tej pory sobie przypomniał do Jima Lorenzena z APRO, który badał jego przypadek. W liscie czytamy:
To, co wam teraz opowiem, nie przychodzi mi łatwo, lecz odnoszę wrażenie, że wy dwoje jesteście jedynymi ludźmi, którzy są w stanie to zrozumieć. Jak już ci powiedziałem przez telefon, Jim, pamiętam część tego, co stało się tamtej nocy. Wiem, że na pewno doszło wówczas do kontaktu. Bardzo żałuję, że nie było tam Ciebie lub Coral. Uważam, że ludzie błędnie odbierają ufonautów i niewłaściwie interpretują to, co oni robią. Nie są jedną rasą, która bada życie na Ziemi, jest ich cała grupa i w ciągu trzech lat od tej chwili ujawnią się całej ludzkości. Mogę również powiedzieć, że nie będzie to przyjemne spotkanie, jako że podczas niego mieszkańcom naszej planety zostaną udzielone ostrzeżenia. Ich plan przewiduje ograniczony kontakt i dopiero po dwudziestu latach dalszych badań i rozważań być może nastąpi bliższy kontakt. Oni również obawiają się o swoje życie i będą chronić je za wszelką cenę. Ich zamiary są pokojowe i jeśli przywódcy naszego świata zastosują się do ich ostrzeżeń, będzie się nam powodziło znacznie lepiej niż dotąd. Rzecz w tym, że to nie my mamy ich zaakceptować, lecz oni nas!
Moi drodzy, nie jestem w stanie opisać tego, co widziałem tamtej nocy na pokładzie ich statku, niemniej spróbuję to zrobić. Istoty te miały około 1,5 metra wzrostu i ogólnie były bardzo do nas podobne, z wyjątkiem głów, które były większe od naszych i pozbawione owłosienia, mniejszych uszu, nieco większych od naszych oczu oraz małego nosa i ust o bardzo wąskich wargach. Sądzę, że ważyli od 50 do 60 kilogramów. Posługują się mową, lecz gdy mówią, ich usta nie poruszają się. Noszą ściśle przylegające do ciała stroje pozbawione guzików i jakichkolwiek zamków. Wszystkie stroje były czarne, z wyjątkiem jednego, który był srebrzystobiały. Ta właśnie istota była starsza rangą lub dowódcą, była jedyną, którą w pełni rozumiałem. W trakcie rozmowy nie podawałem żadnych imion ani nazwisk, lecz oni doskonale wiedzieli, kim jestem i zwracali się do mnie po imieniu – Charles. Nie używali mojego przezwiska – Chuck. To było tak, jakby potrafili czytać w moim umyśle i myślę że tak było, ponieważ dowódca czasami zaczynał mówić, zanim zdążyłem wypowiedzieć pytanie.6
Zostałem wprowadzony do pewnego pomieszczenia, gdzie dowódca dotykał moich pleców i nóg urządzeniem w kształcie pręta. Kiedy zapytałem go, co robi, odpowiedział, że w trakcie pierwszej próby nawiązania ze mną kontaktu miała miejsce szamotanina i chce usunąć ewentualne rany, które mogły wówczas powstać. Nie przypominam sobie żadnej szamotaniny, lecz wiem na pewno, że nazajutrz bolały mnie plecy. Również knykcie palców prawej ręki.
Wewnątrz statku było tak czysto jak w sali operacyjnej. Nie wiem jednak, czy jego wewnętrzne powierzchnie były plastikowe czy metalowe. Nigdzie nie było widać bezpośredniego źródła światła, mimo iż było tam bardzo jasno. Kiedy pomyślałem: „Wspaniale byłoby zobaczyć napęd tego statku!” – dowódca położył rękę na moim ramieniu i powiedział, abym poszedł za nim. Weszliśmy do małego, słabo oświetlonego pomieszczenia bez żadnych urządzeń w środku i stanęliśmy w nim z boku. Odniosłem wrażenie, że podłoga poruszyła się w nim jak w windzie. Myślę, że zjechaliśmy w dół mniej więcej 2 metry i znaleźliśmy się w pomieszczeniu o średnicy około 7,5 metra. Przez jego środek przechodziło coś, co wyglądało jak olbrzymi węglowy pręt łączący się ze stropem i podłogą pomieszczenia, wokół którego znajdowały się trzy obiekty podobne do otworów pokrytych kulistym szkłem, wewnątrz których było coś, co wyglądało jak duże kryształy z dwoma prętami. Jeden z prętów miał zakończenie kuliste, drugi zaś w kształcie litery T. Zostałem poinformowany, że to jest właśnie jednostka napędowa i że mógłbym zrozumieć zasadę jej działania, gdybym tylko spróbował. Nigdzie w pobliżu nie było widać żadnych przewodów ani kabli. Potem z boku pomieszczenia dostrzegłem dużą czarną skrzynię. Powiedzieli mi, co to, kiedy ich o to zapytałem, lecz zabronili mi komukolwiek o tym mówić. Próbowałem to sobie przypomnieć, ale nie udało mi się, pamiętam jedynie, że tam była.
Wydaje mi się, że przez około pół godziny przyglądałem się jednostce napędowej. Potem tą samą drogą, którą dostaliśmy się na dół, wróciliśmy na górę – część podłogi uniosła się do góry wraz z nami. Dowódca powiedział mi następnie, że to nie jest ich główny statek, lecz pojazd używany do celów obserwacyjnych. Główny statek znajdował się na wysokości około 650 kilometrów nad Ziemią.8 Jego napęd różnił się od napędu statku obserwacyjnego. Zapytałem, czy mogliby mnie zabrać do głównego statku. Odpowiedzieli mi że nie mogą, ponieważ mają mało czasu, ale dodali, że znajdą mnie bez trudu, kiedy będą chcieli i że wkrótce to nastąpi.
Potem zapytałem dowódcę, dlaczego jestem taki ociężały i niezręczny, na co odpowiedział, że podczas pierwszej próby nawiązania kontaktu zachowywałem się agresywnie, w związku z czym musieli użyć pewnego rodzaju fal dźwiękowych lub świetlnych, aby mnie uspokoić, i że to wkrótce ustąpi. Następnie przyłożył dłonie do boków mojej głowy i powiedział, że czas już na nich oraz żebym zapomniał przynajmniej na dwa tygodnie to, o czym rozmawialiśmy i co widziałem. Nie wiem, dlaczego chodziło mu o dwa tygodnie, ale sądzę, że była ku temu jakaś przyczyna. Właśnie mniej więcej dwa tygodnie później przybyliście do Alamogordo i zaraz potem zacząłem przypominać sobie, co się mi wówczas przydarzyło. Zapytałem go, czy się jeszcze spotkamy, na co odrzekł, że tak i że nastąpi to wkrótce. Następnie powiedział mi, abym w najbliższym czasie odwiedził lekarza, co też uczyniłem. Myślę, ze powiedział to nie bez powodu. Następnie zapytałem, czemu rozmawiali ze mną i czemu to mnie zabrali na pokład swojego statku. Odparł, że w odpowiednim czasie „zrozumiesz to”. Następną rzeczą, jaką pamiętam, było to, że siedzę w samochodzie i obserwując odlot ich pojazdu próbuję uruchomić silnik. Resztę już znacie.

Nawiasem mówiąc, przypominam sobie jeszcze inne fragmenty rozmowy z nimi, lecz niektóre z nich są jeszcze zbyt zamglone, niewyraźne. Staram się narysować jednostkę napędową i odnoszę wrażenie, że byłbym w stanie ją zbudować, gdybym tylko spróbował...

Wkrótce potem Moody został służbowo przeniesiony do Hiszpanii.

Przy wsparciu National Enquirera Jim Lorenzen udał się do Hiszpanii w celu kontynuowania badania przeżycia Moody'ego. Moody przypomniał sobie dalsze szczegóły, o których opowiedział Jimowi.

Powiedział mu, że w chwili zbliżania się do niego obiektu, w pewnym momencie jego samochód spowiła dziwna poświata. Jego ciało zwiotczało i ogarnęło go uczucie mrowienia. Potem zobaczył dwie istoty zbliżające się do jego samochodu.

Pamiętam, że nawet nie mogłem zamknąć drzwi samochodu. Nie mogłem zapalić silnika. I muszę powiedzieć o czymś, co mi bardzo trudno wyznać. Pewnie zabrzmi to idiotycznie, lecz mam nadzieję, że nikt nie wsadzi mnie za to w kaftan bezpieczeństwa. Otóż te istoty nie szły, ale... szybowały nad ziemią... to nie był chód, ale ruch przypominający szybowanie.
Kiedy zbliżyły się do samochodu, położyły na nim ręce i jak sądzę, zastanawiały się, jak otworzyć drzwi.

Moody otworzył drzwi, uderzając nimi jedną z istot, a następnie obrócił się ku drugiej i z całej siły uderzył ją pięścią w twarz. Następne pamiętał jak został sparaliżowany.
Kiedy odzyskał przytomność, leżał na czymś, co wyglądało jak plastykowy lub metalowy stół w kształcie prostopadłościanu. Czuł się skrępowany za pomocą jakiejś siły.
Stół miał wymiary porównywalne ze zwykłym łóżkiem. Obok niego stała obca istota. Jak powiedział, jego pierwszym odruchem była „chęć wyrżnięcia tego czegoś, ale nie mogłem się poruszyć, w ogóle nie miałem kontroli nad kończynami.
Następnie istota przemówiła, ale nie wiedział, czy jej usta poruszały się, czy nie. Zrozumiał co mówiła
wiła, jakby sam myślał. Powiedziała: "Czy wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?" lub: "Czy jesteś zdrowy?" Istota zapytała go również, czy nadal będzie okazywał złość i próbował ją uderzyć, jak zostanie mu przywrócona zdolność ruchu. Gdy poczuł się trochę lepiej dostrzegł coś, co określił jako szafkę przytwierdzoną do ściany, oraz przedmiot w kształcie pręta trzymany w prawej ręce przez istotę, która przyłożyła go do jego pleców, po czym pomogła mu zejść ze stołu.
Teraz stwierdził wysokość stołu na 1,2 metra.

Podany przez Moody’ego opis istoty przedstawia się następująco:

Miał dużą głowę z czołem o około 1/3 większym niż u przeciętnego człowieka, która była pozbawiona włosów, brwi i rzęs. Uszy były mniejsze niż u normalnego człowieka, nos również. Skóra miała biało-szary kolor i sprawiała, że jego twarz wyglądała jak maska. To trudno opisać. Wie pan, to wyglądało, jak gdyby był świeżo po operacji usuwania zmarszczek lub coś w tym rodzaju. Usta miał również małe, bez warg. Ani razu nie zauważyłem, aby usta się ruszały. Brwi były trochę wysunięte, zaś oczy pod nimi nie były owalne, tak jak u ludzi, lecz prawie okrągłe. Mieli srogi wygląd, lecz jednocześnie emanowała z nich aura łagodności.
Według Moody'ego najstarsza z istot miała od 1,4 do 1,5 metra. Dwie istoty, które zaatakował przy samochodzie, były trochę wyższe, mniej więcej jego wzrostu. Niższa istota miała na sobie biały obcisły strój bez jakichkolwiek guzików, zamków błyskawicznych bądź innych zapięć, wyższe natomiast ubrane były w podobne czarne kombinezony. Wszystkie istoty były bardzo szczupłe.
Gdy się ocknął w obecności niższej istoty do pomieszczenia weszły jeszcze dwie inne. Towarzysząca mu istota zapytała go, czy nie będą mu one przeszkadzały. Moody dał jej do zrozumienia, że będą, w związku z czym istota ta odprawiła gestem ręki tamte dwie. Po wyjściu obu istot Moody poczuł się pewniej w obecności tej jednej, którą brał za starszą rangą lub dowódcę, na co wskazywał dodatkowo jej nacechowany poczuciem wyższości sposób zwracania się do niego: "mój synu" lub "moje dziecko".
W pewnym momencie Moody zapytał się, czy może obejrzeć układ napędowy statku. Istota wyraziła zgodę i zabrała go ze sobą. Podłoga drugiego pomieszczenia, na której stanęli, nie różniąca się od pozostałej części, zaczęła się w pewnym momencie opuszczać. Moody nie widział żadnych przewodów, linek ani niczego innego, co by je przypominało. Część podłogi pełniąca rolę windy opuszczała się. Moody zauważył, że podłoga, z której oddzieliła się platforma, miała około 50 centymetrów grubości. Kiedy platforma się zatrzymała, spostrzegł trzy przezroczyste półkule wychodzące z podłogi. Ich dolne części widział wcześniej na zewnątrz u dołu statku. Umieszczone były symetrycznie i tworzyły trójkąt równoboczny wokół centralnej części statku. Wewnątrz każdej z nich znajdowało się coś, co określił jako duże kryształy. Pamiętał, że dolna podłoga miała szary kolor.
Wewnątrz każdej z przezroczystych kopuł oprócz kryształów znajdowały się elementy wykonane z prętów. Jeden z prętów był pionowy, dwa poziome, krzyżowały się tworząc między sobą kąt prosty, cała konstrukcja wyglądała jak potrójny krzyż. Pręty poziome miały kuliste zakończenia i były lekko pochylone w dół ku kryształom. Moody odniósł wrażenie, że były one spolaryzowane dodatnio i ujemnie. Układy prętów w poszczególnych kopułach były inne.
Moody uważał, że ta część statku była gorzej wykończona od pozostałych pomieszczeń. Znajdowały się w nim na przykład wsporniki konstrukcyjne, których nie było w żadnym innym pomieszczeniu. Innym wyraźnie rzucającym się w oczy elementem jego wyposażenia była czarna skrzynia zbliżona rozmiarami do cedrowego biurka stojąca przy jednej ze ścian. Moody zastanawiał się, dlaczego nie ma tu przyrządów, wskaźników lub czegoś w tym rodzaju, na co towarzysząca mu istota odparła, że lepiej, aby tego, co widzi nie starał się zrozumieć.
Po 20 minutach pobytu w tym pomieszczeniu stanęli na platformie, która uniosła ich na górny poziom.
Moody czuł na statku słodkawy odór przypominający zapach przypalonego cukru. Miał również trudności w oddychaniu.
Moody spytał się Obcego, dlaczego właśnie jemu się to przydarzyło. Za jakiś czas do jego umysłu zaczęły napływać myśli, które trudno mu było zrozumieć. Istota powiedziała mu coś w rodzaju: "Znam cię" lub: "Zostałeś wchłonięty". Zapytał, czy zobaczy ich jeszcze kiedyś. W odpowiedzi usłyszał: "możliwe" lub: "być może". Później istota powiedziała: "W niedalekiej przyszłości dojdzie do kontaktu z tą planetą – ograniczonego kontaktu" – i że nie do nas, ludzkości, należy akceptacja Ich, lecz nas przez Nich... Przypuszczalnie przez 20 lat będą trwały bardzo ograniczone kontakty, po czym – po głębokim rozważeniu sprawy przez nich – zostaniemy być może zaakceptowani. Powiedziano, że statek, w którym się znajduje jest pojazdem obserwacyjnym, a główny statek jest znacznie większy, szybszy, zwrotniejszy i znajduje się na orbicie wokółziemskiej w odległości około 650 kilometrów od Ziemi.
Powiedziano mu, że istnieje wiele innych ras, które pochodzą z różnych miejsc i współpracują ze sobą. Ich statek mógłby zostać zniszczony za pomocą broni nuklearnej lub uszkodzony przez bronie konwencjonalne. Szczególny kłopot sprawiają im nasze radary, ponieważ zakłócają one pracę ich pokładowych komputerów i systemów nawigacyjnych wywołując efekt "wygaszania" częstotliwości.
Moody miał trudności z opisaniem drzwi, przez które opuścił statek. Ich boki były proste, lecz u góry były zakrzywione. Gdy istota powiedziała mu, że już na niego czas, podeszli do drzwi i wówczas okazało się, że widać przez nie wszystko, co jest na zewnątrz. Zobaczył wewnętrzną powłokę statku, a za nią resztę jej konstrukcji, z czego wywnioskował, że są w niej podwójne drzwi, jedne wewnętrzne i drugie w powłoce zewnętrznej. W tym momencie istota uniosła ręce do góry i przyłożyła je do głowy Moody’ego, jedną po jej lewej stronie, a drugą po prawej. W tym momencie stracił przytomność. Następną rzeczą, jaką pamięta, było stwierdzenie, że siedzi w samochodzie i usiłuje uruchomić silnik, po czym pośpiesznie odjeżdża stamtąd kierując się do domu.

Aby ustalić pozostałe szczegóły jego przeżycia wskazane jest przeprowadzenie seansu hipnotycznego, jako że przytoczony przez Moody'ego opis nie pokrywa w całości czasu jego pobytu na pokładzie statku.